Jak inaczej niż horrorem można nazwać mecz przed własną publiczność, który rozpoczyna się od zwycięstwa w pierwszej kwarcie 32:13, a mimo to schodzi się z boiska przegranym? Orlando Magic w pierwszych minutach grali tak jak powinni z takim rywalem jak Washington Wizards, a Dwight Howard co chwilę wykazywał się efektownymi akcjami, przekozłował nawet całe boisko, po czym zdobył punkty. Jednak to nie załamało koszykarzy ze stolicy, którzy trzecią kwartę wygrali jeszcze więcej niż Magic pierwszą, różnicą 22 punktów.
Świetna pogoń Wizards, których prowadzili obrońcy- Randy Foye i Caron Butler doprowadziła do zaciętej końcówki, w której udało im się odnieść jakże cenne zwycięstwo na boisku czołowej drużyny NBA, do której trudno zaliczyć drużynę z Washington.
Warto dodać, że wyżej wspomniani obrońcy byli jedynymi koszykarzami Wizards, którzy dwucyfrową liczbę punktów, co najlepiej pokazuje ich wpływ na grę ich zespołu.
Jednak to podopieczni trenera Van Gundy’ego, którym udało się wrócić do gry po fatalnej trzeciej kwarcie, prowadzili jednym punktem na niecałe 5 sekund do końca meczu, po trójce z rogu boiska, Rasharda Lewisa.
W odpowiednim momencie dał o sobie ponownie znać Butler, który zdobył punkty z półdystansu na pół sekundy do zakończenia regulaminowego czasu gry, a w całym meczu zanotował na swoim koncie 31 punktów.
Na to “Magicy” nie znaleźli już odpowiedzi, choć próbował ponownie Lewis, ale jego rzut nie znalazł drogi do kosza, a sędziowie po dyskusji zadecydowali, że skrzydłowy z Orlando nie był faulowany.
Nasz jedyny koszykarz w NBA także wystąpił w przegranym 91:90 spotkaniu z Wizards i w czasie ponad 7 minut zanotował dwa niecelne rzuty z gry, zbiórkę i przechwyt.
Szkoda tych dwóch rzutów. Niestety raz się przegrywa raz się wygrywa. Pozdrwiam