Niestety Orlando Magic nie będą pierwszym w historii play-off NBA zespołem, który ze stanu 0:3, wyjdzie na 4:3. Będącym w fatalnej sytuacji “Magikom” udało się wygrać dwa kolejne mecze, ale wczoraj, głównie za sprawą nieudanej pierwszej połowy, przegrali 96:82 i w całej serii z Boston Celtics 4:2. Tym samym to Celtics zagrają w tym roku w wielkim finale NBA.
Niesieni dopingiem prawie 19 tysięcy kibiców w TD Garden w Bostonie, gospodarze dobrze zaczęli mecz i nie potrzebowali wielu minut, aby zbudować przewagę, po pierwszej kwarcie prowadzili 30:19. W kolejnej odsłonie Magic toczyli już bardziej wyrównaną rywalizację z Celtics, ale bardzo dobra gra Dwighta Howarda nie wystarczyła, by odrobić straty.
Zaskakująco bohaterem drugiej kwarty był rezerwowy rozgrywający C’s, który dotychczas nie spędzał dużej ilości minut na parkiecie, ale musiał zastąpić Rajona Rondo. Nate Robinson, bo o nim mowa, bardzo szybko zdobywał punkty i w pewnym momencie meczu to dzięki jego grze Boston ciągle spokojnie prowadził.
W dalszej części meczu do gry wrócił już Rondo, a większość punktów dla Celtics, którzy jeszcze bardziej podkreślili swoją przewagę po przerwie, zdobywali… oczywiście superstrzelcy, o nich naprawdę można tak powiedzieć, Paul Pierce (31) i Ray Allen (20).
Gracze z Orlando starali się jeszcze powalczyć o zwycięstwo w ostatniej kwarcie spotkania, ale Celtics, mimo, iż przegrali ten fragment gry 9-punktami, nie oddali już zwycięstwa i miejsca w finale.
Wśród koszykarzy Magic najlepiej zagrał Dwight Howard, który zanotował 28 punktów i 11 zbiórek.
Przede wszystkim zabrakło punktów skutecznych w piątym, wysoko wygranym przez ekipę trenera Van Gundy’ego, Rasharda Lewisa i Jameera Nelsona.
Jeśli do słabszej dyspozycji wyżej wspomnianych graczy dodamy jeszcze skuteczność Magic w rzutach za trzy, które jak wiadomo, są ważną częścią gry tego zespołu, a wynosiła ona zaledwie 27% (6/22) i na linii rzutów wolnych- 59% (16/27) przyczyny porażki same rzucają się w oczy.
Co ciekawe Celtics oddali tyle samo rzutów zarówno z dystansu jak i z linii rzutów wolnych i dla porównania zrobili to na znacznie lepszej skuteczności, trafiając 10 rzutów trzypunktowych i 22 z wolnych.
Marcin Gortat w ostatnim meczu zagrał przez 11 minut i w tym czasie zapisał na swoim koncie 1 punkt (1/2 z linii rzutów wolnych), 2 zbiórki, asystę i blok.
Zatem tak kończy się sezon 2009-10 dla Orlando Magic i nie można zapominać o tym, że był to udany sezon, o czym świadczy awans do finału konferencji wschodniej, a także wcześniejsza świetna gra w sezonie zasadniczym (59-23). Przed tym zespołem klarują się jak najbardziej ciekawe perspektywy.
Celtics czekają teraz na swojego przeciwnika w finale. Dzisiaj dojdzie do szóstego meczu serii Los Angeles Lakers – Phoenix Suns, w której obrońcy tytułu mistrzowskiego, prowadzą 3:2.
Szkoda trochę tego jak walczyli w 2 pierwszych meczach, to była główna przyczyna odpadnięcia Magic przegrywali wtedy minimalnie ale grali bez “ognia” a teraz decyzyjność rzutowa drużyny w 6 meczu była fatalna, trudno raczej za rok Marcin zagra w innej koszulce,ale dzięki za to co Marcin pokazał w tym sezonie.
Marcinek no to wakacje. Milego wypoczynku 5
co tu dużo mówić,Marcin grał bardzo słabo w ECF, taka niestety prawda,dał się robić w obronie jak dziecko,przykro mi to pisać ale niestety tak to wyglądało ,oglądałem wszystkie mecze orlando w tegorocznych Playoffs ,więc ta opinia nie jest z kosmosu
Marcinek no to wakacje. Milego wypoczynku 5