Strona

biografia

 

Urodzony 17 lutego 1984 roku w Łodzi, Marcin Gortat jest synem dwukrotnego brązowego medalisty olimpijskiego, mistrza Europy, wielokrotnego reprezentanta kraju w boksie, Janusza Gortata i dwukrotnej mistrzyni Polski oraz wielokrotnej reprezentantce narodowej w siatkówce, Alicji Gortat.

Marcin przez całe życie próbuje podążać drogą rodziców i właśnie, dlatego już w Szkole Podstawowej nr 55 im. Eugeniusza Lokajskiego w Łodzi zaczął aktywnie uprawiać sport. Przez pierwsze osiem lat edukacji zdobywał medale w różnego rodzaju konkurencjach lekkoatletycznych.

Najlepiej wspomina ostatnie dwa lata w „podstawówce”, kiedy to z wynikiem 193 cm (trzeci rezultat w jego kategorii wiekowej w Polsce) został mistrzem Łodzi w skoku wzwyż, a wkrótce potem dostał pierwsze powołanie do reprezentacji Polski juniorów w lekkoatletyce.

Gortat może pochwalić się także sukcesami w piłce nożnej. W wieku 10 lat zaczął uczęszczać na treningi do klubu Start Łódź, a po czterech latach znalazł się w Łódzkim Klubie Sportowym, gdzie zaliczył nawet kilka występów w II-ligowej drużynie seniorów. Miał także swój udział w sporym sukcesie LKS-u, jakim było zdobycie Mistrzostwa makroregionu Łódź w 2001 roku.

Po sukcesach związanych z grą w piłkę, stanął przed poważną decyzją. Musiał zdecydować się, gdzie po ukończeniu Szkoły Podstawowej będzie kontynuował swoją naukę. Jego wybór padł na Technikum Samochodowe nr 1 w Łodzi.

Czas zmian

Na początku nauki w IV klasie szkoły średniej postanowił, za namową nauczyciela od wychowania fizycznego, zamienić piłkę nożną na koszykówkę. Za główną przyczynę swojej decyzji uznaje problemy w nauce, gdyż ciężko było mu połączyć edukację ze sportem, a trener sekcji basketu w zamian za rozpoczęcie zajęć koszykarskich zaproponował mu pomoc w szkole.

Już od pierwszego treningu poczuł, że to jest właśnie ta dyscyplina sportu, którą powinien zająć się od początku. W drużynie było wiele osób, które pomagały mu od początku- zaczynając od jego najlepszego przyjaciela Michała Micielskiego, a kończąc na trenerze Konradzie Skupniu, któremu wiele zawdzięcza.

Gortat nie miał łatwego startu, było mu bardzo ciężko, gdyż nie potrafił robić nic, co przypominałoby grę w koszykówkę. Mimo to, od razu dominował nad innymi w przygotowaniu fizycznym. Zaledwie po sześciu miesiącach gry zaprocentowało to powołaniem do kadry u-20, gdzie znalazło się wielu zawodników mających doświadczenie w pierwszoligowych klubach. Warto zaznaczyć, że Marcin był jednym z nielicznych II-ligowych koszykarzy, którzy dopiero zaczęli stawiać pierwsze kroki na parkiecie i już dostali się do reprezentacji. W barwach kadry młodzieżowej wystąpił łącznie w 10 meczach.

„Co chcesz robić w życiu?”

Po półtora roku spędzonym w zespole z rodzinnego miasta pojechał z drużyną narodową juniorów na turniej do Francji. Właśnie tam został wypatrzony i sprowadzony na testy do niemieckiej Kolonii, przez trenera Veselina Matica. Już na pierwszym treningu w Niemczech wywarł duże wrażenie na menadżerach zespołu RheinEnergie i godzinę po tym jak wrócił do hotelu odebrał telefon od trenera Matica. Coach oznajmił mu, że zaraz ktoś po niego przyjedzie, aby porozmawiać na temat szczegółów kontraktu. Podczas rozmowy o warunkach umowy młody Polak zapytany o to, co chce robić w życiu odpowiedział, że tak naprawdę sam tego nie wie, gdyż nigdy nie miał konkretnych planów. Prezes klubu z Kolonii skomentował to bardzo krótko, odparł: Jedź do Polski, pożegnaj się z rodziną i za miesiąc wracaj do nas na przygotowania do sezonu!

Z początku Marcin nie wiedział, co robić w tej sytuacji. W końcu nadszedł moment, w którym musiał opuścić całą swoją rodzinę wraz ze znajomymi, wyjechać i rozpocząć nowe życie. Ostatecznie zdecydował się na kontynuowanie swojej kariery poza granicami Polski. Od tego momentu miał tylko jeden cel:

„Chcę stać się jak najlepszym zawodnikiem i dostać się do ligi NBA”

63 minuty na początek

W swoim pierwszym sezonie na parkietach niemieckiej Bundesligi spędził jedynie 63 minuty, ale nie żałował tego, że zdecydował się na grę w RheinEnergie Kolonia.
„Słyszałem wiele dobrego o tym klubie i na szczęście wszystko znalazło potwierdzenie w rzeczywistości. Koszykówkę trenuje dopiero od dwóch i pół roku, a tu mogłem nadrobić wszelkie zaległości pod okiem znakomitych trenerów.”
Pomimo tego, że statystyki- 1,9 pkt., 1,5 zb. i 0,4 blk. na mecz, nie zachwycały to Marcin już wtedy pokazał wszystkim swoim krytykom, że potrafi grać w basket i jeśli tylko otrzyma szansę od szkoleniowca to w pełni ją wykorzysta tak, jak miało to miejsce pod koniec sezonu 2003-04, kiedy jego zespół zajął szóste miejsce, a Marcin dostał więcej możliwości na grę.

Po zakończeniu rozgrywek ligi niemieckiej nie próżnował i szybko wyjechał do Treviso na słynny koszykarski camp, gdzie wzbudził duże zainteresowane swoją osobą klubów z NBA.
„Już po drugim meczu dostałem pięć ofert, potem doszły jeszcze cztery, a najciekawsze były chyba te z Atlanty i Seattle. Jestem zadowolony, że zaprezentowałem się dobrze szybkościowo i fizycznie. Dodatkowo na zakończenie udało mi się wygrać konkurs wsadów, co było dla mnie świetnym przeżyciem.”

Wtedy jeszcze nie zdecydował się na udział w drafcie i 14 czerwca 2004 roku podpisał wieloletni kontrakt z RheinEnergie.

Debiut w reprezentacji seniorów

Pobyt we włoskim Treviso nie oznaczał dla niego wcale końca pracy w lato, gdyż już w sierpniu przyszedł czas na debiut w barwach reprezentacji Polski seniorów w 25. Międzynarodowym Turnieju o Puchar JM Rektora Uniwersytetu Wrocławskiego, gdzie nasza kadra w składzie z Gortatem wygrała wszystkie mecze- z tak silnym ekipami jak Izrael i Rosja, a Marcin w czasie 37 minut zanotował na swoim koncie 9 punktów, 8 zbiórek oraz 6 bloków i tym samym bardzo pozytywnie zaskoczył obserwatorów turnieju. Jednak to nie dało mu pewnego miejsca w reprezentacji trenera Andrzeja Kowalczyka na eliminacjach do Mistrzostw Europy.

Ostatecznie Marcin w eliminacjach rozegrał dwa spotkania z Czechami (5 min, 1 zb, 1 blk) oraz ze Słowenią (6 min., 4 pkt., 1 zb.), ale to wystarczyło, aby zrobić wrażenie na bardziej doświadczonych kadrowiczach. Środkowy Kordian Korytek nazwał go nawet „motorycznym fenomenem”.

Drugi rok w poważnej koszykówce

Gortat już od początku sezonu 2004-05 chciał udowodnić, że bardzo ciężko przepracował wakacje i warto zaznaczyć, że sztab szkoleniowy zespołu z Kolonii długo na efekty tej pracy czekać nie musiał, gdyż już w pierwszym meczu w lidze niemieckiej Polak dominował na deskach i zanotował aż 12 zbiórek. Później zaliczył równie udany występ w pierwszym spotkaniu pucharu ULEB (wychowanek ŁKS-u Łódź już wcześniej brał udział w tych rozgrywkach, ale spędził na parkiecie łącznie jedynie 16 minut), gdy jego drużyna wysoko 99:73 pokonała Eiffel Towers Nijmegen, a Marcin notując 16 punktów (6/7 z gry), 6 zbiórek, 5 bloków oraz 3 asysty był jednym z najlepszych zawodników meczu.

Niestety nie zawsze miewał równie udane mecze i raz znalazł się nawet na pierwszym miejscu w niechlubnej klasyfikacji na najsłabszego koszykarza 7 kolejki ULEB Cup.

Jednak, w tamtym sezonie Gortat był już znacznie ważniejszym zawodnikiem niż w zeszłorocznych rozgrywkach. Grał średnio 15 minut w 34 spotkaniach Bundesligi i zdecydowanie poprawił swoje statystyki (4,8 pkt. i 3,8 zb.).

Nadszedł czas na draft

W lato 2005 Marcin nie mógł poświęcić wiele czasu na regeneracje sił, gdyż już na początku czerwca rozpoczął treningi w USA. Warto dodać, że zdecydował się przystąpić do draftu.

„Wierzę w to, że zostanę wybrany. Jeśli wybiorą mnie z 50–60 numerem to będzie naprawdę dobrze.”
Jego nazwisko już wcześniej widniało na liście zgłoszonych do naboru ligi NBA, ale w 2004 roku w odpowiednim terminie wycofał się z udziału w nim.
29 czerwca 2005 roku wszystko było już jasne. Gortata z 57 numerem wybrali włodarze drużyny Phoenix Suns, ale szybko prawa do niego oddali Orlando Magic. „Trenowałem w kilku klubach, ale w Orlando nie byłem nawet na jednych zajęciach. Z tego, co wiem, działacze Magic oglądali mnie jednak w Europie. Marzyłem o Miami Heat. Orlando też jest jednak na Florydzie, więc nie mogę narzekać. Strasznie się denerwowałem. Powoli traciłem już nadzieję, że usłyszę swoje nazwisko. Pomyślałem, że jestem za słaby na NBA i nic z tego nie będzie. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło.”

Kolejne dni po drafcie Gortat spędził już w Orlando, gdzie przygotowywał się do występu w barwach swojego nowego zespołu na silnie obsadzonej lidze letniej w Las Vegas. To właśnie na Reebok Vegas Summer League miał okazję spotkać się z innymi Polakami, którzy podobnie jak on chcieli zaprezentować się z jak najlepszej strony przed działaczami klubów najlepszej ligi świata: Maciejem Lampe, Robertem Tomaszkiem i Dawidem Przybyszewskim.

Jeszcze przed rozpoczęciem ligi letniej wychowanek ŁKS-u zbierał bardzo pochlebne opinie od pracowników Orlando Magic. Na zajęciach z młodą gwiazdą, centrem Dwigthem Howardem prezentował się bardzo korzystnie i trenerzy mówili nawet, że nie ustępuje mu w żadnym elemencie gry.

W Vegas Marcin wystąpił w czterech z pięciu spotkań swojej ekipy i średnio notował 4,8 punktu oraz 2,3 zbiórki na mecz. Scouci obserwujący jego grę nie mieli wątpliwości, że ma przed sobą świetlaną przyszłość. Jednak on sam nawet nie liczył na to, że już teraz ma szansę, aby podpisać kontrakt z zespołem najlepszej ligi świata i po letnich rozgrywkach powrócił do Europy, gdzie razem ze swoim agentem przeprowadził rozmowę na temat jego przyszłości.

Wybrany przez Magic w drafcie środkowy nie miał zbyt wiele czasu na rozpatrywanie różnych ofert, gdyż podobnie jak w minionym roku, w sierpniu 2005 dołączył do drużyny narodowej i pojechał z nią na turniej do Stambułu, który miał na celu przygotowanie reprezentacji Polski do baraży Mistrzostw Europy.

Wielu polskich kibiców oczekiwało od Gortata znacznie więcej niż rok wcześniej, ale w pierwszych dwóch meczach o punkty z Czechami i Estonią, Łodzianin grał niewiele, przez co nie mógł pokazać pełni swoich umiejętności, choć kilka jego bloków rywale zapamiętali na długo. W spotkaniach rewanżowych był w znacznie lepszej formie, ale trener Matić dawał mu tylko 10 minut na grę, a swoją, szeroko krytykowaną, decyzje tłumaczył tym, że tak nakazuje jego system gry.

Mierzącego 214 cm centra chwalił nawet występujący w NBA reprezentant Czech, Jiri Welsch- To bardzo ciekawy człowiek. Stanowi małe zagrożenie w ataku, bo punkty zdobywa tylko po dobitkach albo, gdy jest już pod samym koszem, ale w obronie jest już świetny. Sam bardzo dobrze wiem, jak wielkie ma to znacznie w Stanach. Możesz nie trafiać, możesz nie umieć rzucać, ale jeśli dobrze bronisz zrobisz karierę- mówił były zawodnik Golden State Warriors, Boston Celtics, Cleveland Cavaliers oraz Milwaukee Bucks.

Tych baraży do udanych nikt w Polsce zaliczyć nie mógł. Nasz zespół zakończył je kompromitującą porażką z kadrą Estonii, co skazało nas na ostatnie miejsce w swojej grupie i grę o utrzymanie w dywizji A. Na rywalizację ze Szwecją i Holandią do Nowego Sadu szkoleniowiec reprezentacji Polski zabrał ze sobą także Marcina, ale nawet jego bardzo dobra postawa nie uchroniła kadry od spadku na dno europejskiej koszykówki, czyli do dywizji B.

Pomimo tak fatalnej postawy Polaków ze swojej gry w walce o utrzymanie jako jeden z nielicznych reprezentantów, choć w małym stopniu, zadowolony mógł być Gortat. Pomimo sporych problemów ze stratami, jego grę docenili nie tylko eksperci, ale i kibice, którzy wybrali go, za pośrednictwem sondy na oficjalnej stronie kadry, najlepszym graczem naszego zespołu.

Pierwszy wielki sukces

W sezonie 2005-06 drużynę z Kolonii wraz Marcinem w składzie znowu czekała rywalizacja w europejskich pucharach, co sprawiło, że czekał go kolejny bardzo ciężki rok z koszykówką na wysokim poziomie. Gortat był już zdecydowanie ważnym graczem w systemie swojej ekipy, miał swój wkład w jej awans do kolejnej fazy pucharowych rozgrywek (średnio prawie 10 punktów przy skuteczności powyżej 70% oraz 5 zbiórek na mecz). Również w rozgrywkach ligowych prezentował dobrą formę i pomógł RheinEnergie wywalczyć awans do finału.

W dwóch pierwszych meczach walki o złoto, był czołową postacią drużyny, trafił 9 z 11 oddanych rzutów z gry i łącznie zanotował 20 punktów oraz 10 zbiórek. Warto także podkreślić, że bardzo dobrze wypełniał swoje zadania defensywne.

Po dwóch spotkaniach jego zespół remisował 1-1. Jednak w dwóch kolejnych spotkaniach podopiecznym trenera Obradovica udało się postawić kropkę nad i. RheinEnergie wygrywając finałową potyczkę do trzech zwycięstw (3-1) odniosło największy sukces w historii klubu.

Rozczarowanie i powrót do Europy

Po tym jak Gortat zdobył mistrzostwo Niemiec i zaprezentował się z bardzo dobrej strony na lidze letniej, wielu polskim kibicom wydawało się już pewne, że będziemy mieli kolejnego reprezentanta w najlepszej lidze świata, ale tak się nie stało.

„Cała liga letnia w moim wykonaniu pokazała, że jestem zawodnikiem, który puka do NBA. Niestety ówczesny trener Magic Brian Hill stwierdził, że mogę mu się przydać tylko jako 13, 14 zawodnik w zespole i tak naprawdę nie będę miał szansy na grę. Była to dla mnie smutna wiadomość. Pojawiły się wtedy momenty, gdy byłem załamany i czułem, że trening przez cały rok poszedł na nic.”

Zważywszy na zaistniałą sytuację Gortat podjął decyzję o kontynuowaniu swojej kariery w barwach debiutującego w Eurolidze- RheinEnergie.

Debiut w Eurolidze

W sezonie 2006-07 nie opuścił żadnego meczu, zresztą zawsze w trakcie rozgrywek nie miewał problemów z kontuzjami, co było jedną z przyczyn do nadania mu przez kolegów przydomka „Polish Machine”. Teraz rozegrał 44 spotkania w Bundeslidze i 14 w Eurolidze. Marcin nie tylko potwierdził, że jest jednym z najlepszych centrów w Niemczech, ale i w całej Europie. Po tak udanym indywidualnie sezonie, w którym naprawdę wiele zyskał, grając na parkietach najbardziej prestiżowych rozgrywek koszykarskich zaraz po NBA, a więc w Eurolidze, i rywalizując z tak cenionymi podkoszowymi graczami jak Lazaros Papadopoulos, Luis Scola czy Tiago Splitter oraz zapewnieniom scoutów Orlando Magic, którzy mówili, że w tegorocznej lidze letniej gra drużyny będzie ułożona właśnie pod niego i JJ Redicka, fanom talentu Gortata rósł apetyt.

Wymarzony kontrakt i… wreszcie debiut w NBA

Już kiedy wysiadał z samolotu w Orlando doskonale zdawał sobie sprawę z ogromnej szansy, jaka jest przed nim. „Wiem, że w tym roku w zespole Magic jest wolne miejsce na pozycji centra i teraz wszystko zależy tylko ode mnie i tego, jak zaprezentuje się w lidze letniej.” Jak świetnie się zaprezentował pokazują liczby- 30 minut, śr. 10 punktów, 6.8 zbiórki, 2.6 asysty, 3.2 straty i 3.2 bloku- choć najmocniejszej strony Marcina, czyli obrony nie widać w statystykach. Wówczas 24-letni Gortat, znany także jako „Pająk”, został wybrany najlepszym centrem Pepsi Pro Summer League i trafił do pierwszej piątki zawodów. Po letnich rozgrywkach, jak zawsze, nie owijał w bawełnę i powiedział krótko: „Swoje szanse na to, że już w przyszłym sezonie zagram w NBA oceniam jako bardzo duże.”

Im dłużej przebywał w Orlando tym więcej zyskiwał fanów. Chwalili go nie tylko kibice i miejscowi dziennikarze, ale i nowy trener „Magików” Stan Van Gundy. Jego słowa, iż Polak jest już gotowy do gry w najlepszej lidze świata były jasnym sygnałem do tego, że w najbliższym czasie dojdzie do podpisania kontraktu.

Po kilkunastu dniach czekania, wreszcie na początku sierpnia 2007 roku jako trzeci Polak w historii podpisał… u kolegi, w mieszkaniu w Łodzi, umowę z klubem NBA.

Dla Marcina nie był ważny sam podpis, nie wystarczał mu fakt bycia w najlepszej lidze świata, on chciał grać i choć na swoją szansę musiał czekać bardzo długo, bo aż do 2 Marca 2008 roku w meczu z New York Knicks, w którym też zdobył swoje pierwsze punkty, to udowodnił, że zrobił to, z czego do niedawna wszyscy się śmiali…

Gortat w międzyczasie zaliczył nawet epizod w NBDL, kiedy był już skreślany przez większość ekspertów, ale w najważniejszych momentach sezonu pokazał, że warto na niego stawiać.

W Orlando wiele pisano o tym, że niezwykle rzadko zdarza się, aby zawodnik, który przesiedział cały sezon na ławce, prezentował tak dobrą formę w play-offach, w których na stałe wszedł do rotacji Magic i był w niej bardzo ważnym elementem, gdyż pierwszym zmiennikiem lidera, Dwighta Howarda.

Do dziś w internecie sporą popularnością cieszą się jego akcje z serii przeciwko Toronto Raptors i Detroit Pistons, gdy radził sobie z tak wielkimi gwiazdami jak Chris Bosh i Rasheed Wallace, a na ławkę na dobre usadowił bardzo doświadczonego środkowego Adonala Foyle’a.

Ostatecznie wystąpił w ośmiu spotkaniach fazy play-off w swoim debiutanckim sezonie. Grał średnio sześć minut jako zastępca Howarda i wraz ze swoim zespołem zakończył sezon 2007-08 na drugiej fazie walki o mistrzostwo, przegrywając w półfinale konferencji z Detroit Pistons.

Kolejne pracowite wakacje

Lato 2008, jak i wcześniejsze, okazało się bardzo pracowite dla Gortata. Rozpoczął je, jak na weterana tych rozgrywek, przystało, od występu na lidze letniej w Orlando. Ponownie potwierdził, że może radzić sobie na dobrym poziomie ze środkowymi innych drużyn najlepszej ligi świata i notując średnio 12,8 punktu, 8,6 zbiórki i 2,4 bloku na mecz, został wybrany do drugiej piątki turnieju.

Potem przyszedł czas na kadrę, w której debiutował u nowego selekcjonera, Muli Katzurina. Najbardziej pamiętnym wydarzeniem tego okresu było zwycięstwo z reprezentacją Włoch na turnieju w Bormio, gdzie centrowi Magic udało się rozegrać wspaniałe zawody (28 punktów, 13 zbiórek, 5 przechwytów, 2 asysty i blok).

Debiut w pierwszej piątce, bloki na LeBronie i wielki finał

Sezon, w którym Marcin był już drugoroczniakiem w NBA to dla niego prawdziwa huśtawka nastrojów, można to porównać do jazdy na kolejce górskiej. Naprawdę solidne i dłuższe występy przeplatał z grą we fragmentach meczów, kiedy wynik był już przesądzony.

Jednak w końcu dostał okazję, aby pokazać, że może zagrać więcej niż po 5, 10 minut, a zbiegło się to z kontuzją Dwighta Howarda. Najpierw zaliczył udany występ przeciwko Phoenix Suns, gdzie był skuteczny w ataku- 8 punktów, ale największe pochwały zebrał za swoją postawę w obronie przeciwko jednemu z najlepszych środkowych w NBA Amare Stoudemire’owi. W starciu z nim potwierdził, że jest fizycznie gotowy na rywalizację z tak mocnymi podkoszowymi w większym wymiarze czasowym.

W kolejnym spotkaniu bez Howarda, Magic wyszli pierwszą piątką z Marcinem. To właśnie 13 grudnia 2008 roku w stanie Utah, a dokładnie w Salt Lake City, Marcin Gortat został pierwszym Polakiem, który rozpoczął mecz ligi NBA w wyjściowym zestawieniu. Jego występ można ocenić na 4, gdyż to właśnie tyle punktów, zbiórek i bloków zanotował. Jednak ponownie nie statystyki, lecz jego zaangażowanie w obronie było zdecydowanie najważniejsze. Właśnie w ten sposób następnym cenionym podkoszowym najlepszej ligi świata, który przekonał się o wartości Gortata został Mehmet Okur.

Już dwa dni później Marcin ponownie wybiegł w pierwszej piątce i w potyczce z Golden State Warriors rozegrał jedno ze swoich najlepszych w ofensywie spotkań w dotychczasowej karierze, zdobył 16 punktów, miał też 13 zbiórek i 3 bloki.

Po tak udanych występach ponownie przekonał się, że będzie mu bardzo ciężko przeskoczyć rozpromienioną gwiazdę Dwighta Howarda. W dalszej części rozgrywek wrócił na ławkę. Jednak już w najważniejszej części sezonu, a więc play-off, ponownie skorzystał z tego, że Howard nie mógł grać i odnotował bardzo udany występ przeciwko Philadephii 76ers, to właśnie wtedy wykonał legendarny już dla wielu polskich kibiców wsad nad centrem „Szóstek”, Samuelem Dalembertem.

Później znowu musiał pogodzić się już tylko z rolą rezerwowego, ale przychodziło mu to łatwiej, gdyż od początku jego karieru przypięto mu łatkę „team player”, a więc gracza, dla którego największe znaczenie ma dobro drużyny. Jego Orlando Magic pokonywali kolejne przeszkody ku finałowi, po drodze, w bardzo emocjonujących seriach, pokonali Boston Celtics i głównych kandydatów do mistrzostwa, Cleveland Cavaliers. Szczególnie spotkania z ekipą LeBrona Jamesa zostały w pamięci fanów znad Wisły. Powód był prosty, fantastyczne bloki „Polskiej Maszyny” na wielkim LeBronie.

Wreszcie na koniec sezonu, Gortat jako pierwszy koszykarz z Polski, wystąpił w finale NBA, w którym jednak Magic musieli uznać wyższość Los Angeles Lakers. Drużyna Phila Jacksona zdobyła mistrzostwo przegrywając tylko jeden mecz.

Medialna burza

Po pamiętnym sezonie 2009-10 i występie w finale najlepszej ligi świata, kontrakt Marcina z Orlando Magic wygasł. Polskie media praktycznie codziennie widziały go w innym klubie. Jednak warto dodać, że także w Stanach transfer z udziałem Gortata wzbudzał zainteresowanie prasy. Eksperci określali go jako czołowego centra w lidze, na dodatek często zastanawiali się, jak wyglądałaby jego gra, gdyby mógł występować w pierwszej piątce. Co najważniejsze nie tylko w mediach, ale również na rynku transferowym wolnych agentów był niezwykle rozchwytywany.

Ostatecznie jego wybór padł na Dallas Mavericks, gdzie Gortata bardzo w swoim zespole widział właściciel klubu Mark Cuban. Jednak zgodnie z przepisami NBA, Orlando Magic mieli czas, aby wyrównać złożoną przez Mavs ofertę i skorzystali z tej możliwości. Po siedmiu dniach wyrównali umowę opiewającą na 34 milionów dolarów za pięć lat gry. Tym samym położyli kres jakimkolwiek plotkom transferowym i oczywistym stał się fakt, że Marcin dalej będzie reprezentował klub z Orlando.

Nasze mistrzostwa

Już jako wicemistrz NBA, a także jeden z najbardziej rozchwytywanych zawodników na rynku transferowym, dołączył do reprezentacji Polski, która przygotowywała się do Mistrzostw Europy, po latach przerwy ponownie odbywających się w naszym kraju.

Początek samych mistrzostw był wspaniały, kadra pod wodzą trenera Katzurina wygrała dwa pierwsze mecze grupowe z Bułgarią i jednym z faworytów całego turnieju, Litwą. Zadowolony ze swojej postawy mógł być także Gortat, który w każdym z tych spotkań dominował na tablicach, był ważnym punktem drużyny w ataku i zaporą nie do przejścia w obronie. Niestety w ostatnim meczu pierwszej fazy turnieju Polacy przegrali z Turcją i jak się później okazało był to początek ich serii przegranych.

Nasza kadra uzyskała awans do dalszej części EuroBasketu, ale w kolejnych trzech meczach, po kolei, z Serbią, Słowenią i Hiszpanią, musieliśmy uznać wyższość swoich rywali i pożegnać się z turniejem.

Gortat w sześciu meczach mistrzostw średnio notował 14,3 punktu, 10,8 zbiórki, 2 bloki, 1,7 asysty i 1,3 przechwytu, tym samym był czołowym zawodnikiem nie tylko reprezentacji Polski, ale i całych rozgrywek. Mimo to nie był z siebie zadowolony, wiedział, że mógł dać drużynie więcej jako lider i był rozczarowany 9 miejscem, jakim musieli zadowolić się polscy kibice. Dla niego cel był jasny: medal, a nawet mistrzostwo Europy.

Drugą odsłonę walki o pierścień czas zacząć…

Po nieudanym finale NBA i niepowodzeniach na EuroBaskecie w Polsce, Marcin miał jasno określony cel na sezon 2009-10, a było nim zdobycie mistrzowskiego pierścienia, a także zwiększenie swojej roli w zespole. Ciężko pracował nad swoim rzutem, aby móc grać nie tylko jako zastępca Dwighta Howarda, ale także w roli silnego skrzydłowego.

Niestety wszystkie założenia i plany brutalnie zweryfikowała rzeczywistość, mimo, iż praktycznie za każdym razem, kiedy Magic grali z wykorzystaniem „dwóch wież”, gdy w tym samym czasie na boisku przebywali Gortat i Howard, ich gra wyglądała bardzo dobrze, o czym świetnie przekonali się Boston Celtics, trener Van Gundy bardzo sporadycznie korzystał z tego rozwiązania, dlatego też Marcin nie mógł liczyć na większą ilość minut.

W całym sezonie rozegrał blisko 100 spotkań, opuścił tylko jeden mecz sezonu zasadniczego z powodu choroby, ale nie miał zbyt wielu okazji, aby pokazać pełnie swoich możliwości. Jeżeli dołożymy do tego porażkę w finale konferencji z Celtics, gdzie Magic po przejściu dwóch pierwszych rund play-off bez żadnej porażki byli wielkim faworytem do ponownego występu w finale ligi, nie trudno domyśleć się, że był to najtrudniejszy sezon w karierze Marcina pod względem obciążeń psychicznych, jakie mu towarzyszyły.

Sam przyznaje, że było mu bardzo ciężko walczyć z narastającą frustracją wynikającą z braku podań i swobody w grze, ale mimo to przez cały sezon nieźle wywiązywał się ze swoich głównych zadań i co ważne, prezentował równą formę.

Wakacje? Jakie wakacje?

Ponownie pod takim hasłem Marcin spędził lato 2010. Po raz kolejny objechał prawie całą Polskę z jego zespołem pracującym na campach dla młodzieży organizowanych przez Gortata. Potem z drużyną narodową walczył o udział w Mistrzostwach Europy. Była to możliwość, aby udowodnić wszystkim niedowiarkom, że jego umiejętności gry w ataku znacznie wzrosły i może być już nie tylko groźny pod samą obręczą, ale również 4-5 metrów od kosza.

Rzeczywiście, był liderem kadry i w zdecydowanej większości eliminacyjnych spotkań zaprezentował wysoką formę, co jednak nie pomogło nam wywalczyć bezpośredniego awansu do EuroBasketu. W decydującym, ostatnim, meczu rozgrywek przegraliśmy na wyjeździe z drużyną narodową Belgii, ale jak się okazało kilka tygodni później dzięki decyzji FIBA Europe liczba drużyn biorących udział w Mistrzostwach Europy wzrosła do 24, co dało nam pewność występu na Litwie.

Podsumowanie lata 2010 Marcina w liczbach:

8 oficjalnych spotkań w reprezentacji Polski (śr. 33, 9 min., 18 pkt., 8,9 zb., 2,3 blk., 1,6 ast.)

Kilkanaście godzin spędzonych w studiach telewizyjnych, a także na oficjalnych spotkaniach

Setki uśmiechniętych twarzy dzieciaków, które miały okazję trenować z Marcinem.

Jednak tak naprawdę całej pracy wykonanej przez Gortata nie da się ukazać w statystykach. Najważniejsze jest to, że cały czas, przez wszystkie działania rozwija się przede wszystkim jako człowiek, ale także jako koszykarz, o czym mogli przekonać się wszyscy w Orlando, kiedy to Marcin zaraz po przylocie z Polski zaczął brać udział w „przygotowaniach do oficjalnych przygotowań” zespołu i już na początku zaszokował wygrywając rywalizację o tytuł „Iron Magica”- jest to konkurs siłowo- sprawnościowy, w którym brali udział wszyscy koszykarze Orlando Magic.

Pora coś udowodnić

Po dobrych wynikach osiąganych we wszystkich testach podczas okresu przygotowawczego, Marcin potwierdził wysoką formę już w pierwszym meczu sezonu. Był mocnym punktem zespołu w wygranym spotkaniu przeciwko Washington Wizards. Wykazywał się przede wszystkim większą pewnością siebie w akcjach ofensywnych. Jednak cały czas jego rola w ataku Magic nie była ugruntowana. Dla przykładu, dzień po dniu zdarzały się mecze, w których był jednym ze skuteczniejszych graczy drużyny, po czym oddawał jeden bądź nawet żadnego rzutu z gry.

Na początku rozgrywek dostawał często ponad 20 minut od trenera Van Gundy’ego. Nie osłabiał gry zespołu, kiedy przebywał na parkiecie, dlatego wydawało się, że taki stan rzeczy utrzyma się, a on sam będzie miał coraz większy wpływ na wyniki Magic, nie tylko poprzez pracę wykonywaną w defensywie.

W połowie listopada liczba minut zaczęła konsekwentnie spadać, czterokrotnie Gortat zagrał poniżej 10 minut, a w lokalnych media coraz głośniej mówiło się o zdziwieniu wynikającym z tej sytuacji. Dyspozycja fizyczna ani gra Polaka nie budziła żadnych kontrowersji, dostrzegano jego spory postęp. Konsekwentnie dokładał do swojej gry nowe elementy. Jednak, pomimo początku, który dobrze wróżył, z biegiem czasu wszystko zaczęło przypominać wcześniejsze sezony. Trzeba też oddać, iż zespół wygrywał, odnosił dobre rezultaty, dlatego też broniło to wszelkie kadrowe decyzje.

Z drugiej strony pozostałe kluby w lidze dobrze wiedziały, jaką obecnie wartość przedstawia sobą Gortat. Z czasem rosła ilość trenerów, generalnych menadżerów, która widziała go w swoich składach. Szczególnie w momencie, kiedy w NBA głośno mówiło się o coraz mniejszej ilości prawdziwych centrów, który nie boją się czarnej roboty, nie chcą uciekać na obwód i lubią walczyć na łokcie, nie cofają się przed niczym.

Wreszcie, na początku grudnia Marcin miał możliwość potwierdzić, że rola wiecznego rezerwowego nie jest już dla niego i może dać drużynie znacznie więcej niż dobra 15-minutowa zmiana. Z powodu kłopotów zdrowotnych Dwighta Howarda, Gortat ponownie mógł wyjść z cienia i spędzić na parkiecie znacznie więcej czasu. Pojawiało się tylko pytanie czy nie powtórzy się sytuacja z sezonu 2008-09, kiedy to polski center także zastępował Howarda w pierwszej piątce i po tym jak zebrał za swoją postawę liczne dobre opinie, tak naprawdę nic to nie zmieniło w jego roli w zespole.

I tym razem double-double w meczu z Detroit Pistons rozbudziło nadzieje fanów „Polskiej Maszyny”. Tak oto relacjonowaliśmy to spotkanie: Kiedy Gortat przebywał na parkiecie zapewniał drużynie spokój pod koszem, pewne zbiórki, bardzo dobrą i przede wszystkim sprytną, mądrą obronę (potrafił dostosować się do sytuacji boiskowych), a także ważne punkty, również z półdystansu. Można być pewnym, że tym występem potwierdził, że jest w stanie być poważnym wzmocnieniem swojego zespołu w znacznie większym wymiarze czasowym niż 5, 10 czy 15 minut.

Dzień później czekał go drugi z rzędu mecz w pierwszej piątce. Magic polecieli do Milwaukee, aby 4-ego grudnia zmierzyć się z miejscowymi Bucks. Jak się okazało kilka godzin później był to jeden z najcięższych wieczorów w NBA dla Gortata. Gra gospodarzy w dużym stopniu opierała się na ich środkowym, który w meczu oddał aż 20 rzutów. Andrew Bogut zakończył to spotkanie z liczbą 31 punktów, a Marcin Gortat zapisał na swoim koncie 4 „oczka”. Polak oddał jedynie 4 rzuty, otrzymywał piłkę znacznie rzadziej niż 24 godziny temu w rywalizacji z Pistons i pomimo 10 zbiórek, jego występ został oceniony bardzo słabo, ze względu na dużą zdobycz punktową jego bezpośredniego rywala na parkiecie. Niestety „Gorti” nie mógł nawiązać z równorzędnej walki z Bogutem, gdyż tak naprawdę rola obydwu centrów w swoich ekipach była zdecydowanie odmienna, co w dużym stopniu przełożyło się na obraz tego meczu. Jednak sam Gortat nie krył tego, iż zawiódł. Był bardzo niezadowolony ze swojej gry. Na przestrzeni czasu było to dla niego bardzo cenne doświadczenie.

„Pozwoliłem na bardzo dużo pod koszem i może nie tyle, co zostałem zniszczony, ale nie wykonałem swojego zadania, nie zatrzymałem Andrew Boguta. Człowiek po takich występach czuje się skromny i zdaje sobie sprawę, że powinien wrócić na sale i trenować jeszcze ciężej. Ja tak zrobiłem i myślę, że w kolejnych spotkaniach czy to z Jazz czy to z Clippers zaprezentowałem się znacznie lepiej… Kiedy spędzałem na boisku po sześć minut na mecz to także starałem się przelać całą złość, jaka we mnie była, podczas treningu, tak, aby wykorzystać ją jako bodziec do dalszej pracy. Za sprawą tej pozytywnej, sportowej złości trenowałem więcej.”

W kolejnym meczach do gry wrócił już Howard, a Gortat zagrał kolejno 9 i 5 minut. Kilka dni później spędził na boisku jeszcze dwukrotnie ponad 20 minut, ale dalej oglądaliśmy go raczej w roli typowego środkowego od zadań obronnych i mocnych zasłon w ataku.

W tym momencie dochodzimy do jednego z najważniejszych punktów kariery Marcina…

Trade, który wszystko zmienił

18 grudnia 2010 na mocy wymiany pomiędzy klubami Orlando Magic a Phoenix Suns, Gortat zmienił barwy klubowe. Wraz z Vincem Carterem oraz Mickaelem Pietrusem powędrował do Phoenix. Drużynę z Orlando wzmocnili Jason Richardson, Hedo Turkoglu, Earl Clark. Do dziś jest to szeroko komentowany zarówno w Orlando jak i Phoenix, ruch transferowy.

Tak całą sprawę opisywał Marcin kilka godzin po tym jak wiedział już o wspomnianej wymianie.

„Uważam, że jest to dla mnie bardzo korzystna zmiana. Postrzegam ten transfer jako krok naprzód w mojej karierze. Przede wszystkim jestem podekscytowany szansą spędzania większej ilości minut na parkiecie. W końcu wyjdę z cienia Dwighta Howarda i zapewniam, że jestem na to gotowy.”

Podkreślał także, iż nigdy nie zapomni, że to w Orlando w dużym stopniu wychował się koszykarsko i właśnie to miasto jest jego domem w USA. Dziękował także wszystkim pracownikom Magic, kibicom, całemu sztabu szkoleniowemu, kolegom z zespołu.

Nowy rozdział

Nadszedł czas na kolejny rozdział w jego karierze. Rozdział, który zapowiadał się niesamowicie pozytywnie, gdyż świetnie pasował do systemu preferowanego przez Suns, którzy bardzo napędzali swoją grę. Jako jeden z najbardziej mobilnych i najszybszych podkoszowych w lidze był więc idealnym uzupełnieniem układanki trenera Gentry’ego. Gortat miał tego świadomość. „Czy mogłem trafić lepiej? Szczerze mówiąc, chyba nie. Styl gry drużyny trenera Alvina Gentry’ego bardzo mi pasuje. „Słońca” preferują szybką i swobodną koszykówkę. Myślę, że bardzo dobrze pasuje do tej drużyny i będę starał się potwierdzić to w każdym kolejnym meczu w koszulce Phoenix Suns.”

Nowi koledzy, nowe miasto, nowa hala, trenerzy, zagrywki… to jednak nie wszystkie zmiany, jakie go czekały. Marcin musiał także zmienić swój numer na koszule, z którym jak dotychczas grał od początku. W Suns jego „13″ widniała na plecach ikony zespołu, jednego z najlepszych rozgrywających w historii, Steve’a Nasha. Ostatecznie Gortat zdecydował się na numer 4. Jak argumentował swoją decyzje?

„Po prostu z tym numerem grał mój koszykarski mentor Sasa Obradović. Dla mnie jest on wielkim autorytetem i decydując się na grę z „4” chciałem podkreślić, jak ogromny wpływ na mnie, mój rozwój i przebieg mojej kariery miała jego osoba.”

Późnym wieczorem 19-ego grudnia Marcin zameldował się już w Phoenix. Następnego dnia przeszedł testy fizyczne. Badania przeszły pomyślnie. Zatem władzom Suns nie pozostawało już nic innego jak tylko przedstawić swojego nowego zawodnika. Konferencja prasowa z udziałem jego, a także Cartera oraz Pietrusa odbyła się jeszcze tego samego dnia. To wszystko działo się w poniedziałek, a we wtorek Marcin po raz pierwszy uczestniczył już w treningu Phoenix. Natomiast w środę zadebiutował w barwach Suns, w meczu z Miami Heat. Po raz pierwszy w koszulce „Słońc” pojawił się na 4 minuty i 37 sekund do końca pierwszej kwarty, zastępując na parkiecie Robina Lopeza. Kibice Suns przywitali go głośną owacją.

Gortat po pięciu występach w nowym zespole, w starciu z Los Angeles Lakers zagrał po raz pierwszy dla Suns w pierwszej piątce. Miał zdecydowanie więcej szans na potwierdzenie swoich umiejętności niż miało to miejsce w Orlando. Na pewno w oczy rzucała się znacznie większa ilość możliwości na podjęcie przez niego gry w ataku. Aczkolwiek nie od razu udało mu się ugruntować swoją pozycję w drużynie, po lepszych występach, zdarzały się spotkania sporo gorsze w jego wykonaniu, z zerowym dorobkiem punktowym. Jednak z czasem ustabilizował formę, znalazł swoje miejsce w systemie Suns i w połowie stycznia zaliczył pięć double-double. Miesiąc zakończył już jako najlepszy strzelec drużyny w wygranej 104:102 potyczce z New Orleans Hornets, kiedy to zanotował 25 punktów. Swój nowy rekord punktowy w NBA.

W dalszej części sezonu był już na stałe jedną z głównych opcji ofensywnych swojego zespołu, dalej będąc mocną stroną Suns w defensywie. Już wcześniej wszyscy znali go jako bardzo twardego, dobrze poruszającego się na nogach defensora. Teraz wielu ekspertów nie mogło nadziwić się jak ten sam zawodnik funkcjonuje w ofensywie. Oczywiście jego lepsza gra w Suns nie budziła zaskoczenia. Spodziewano się, że Gortat poprawi swoje statystyki po zmianie drużyny, że dostanie w Phoenix szanse na pokazanie tego, czego nauczył się przez poprzednie lata. Aczkolwiek prawie nikt nie oczekiwał, że zrobi to tak szybko i pokaże jeszcze znacznie więcej niż tego oczekiwano. Od drugiej części lutego do końca sezonu zasadniczego Marcin tylko raz schodził z parkietu z mniejszą niż 10-punktową zdobyczą punktową.

Jednak same statystyki jak zawsze w jego przypadku nie stanowiły wcale najlepszego obrazu rozwoju, jaki poczynił. Gortat przede wszystkim zyskał sporo pewności siebie i regularnie udowadniał to przeciwko kolejnym przeciwnikom.

„Cieszę się, że w końcu pokazałem, iż jestem zawodnikiem, który może mieć znaczenie w tej lidze. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że dla mnie to jeszcze nie koniec. Teraz pozostaje mi walczyć o jeszcze lepszą formę w następnym sezonie, by zrobić wszystko, żeby pomóc drużynie w zakwalifikowaniu się do fazy play-off.”

Po raz pierwszy odkąd Marcin trafił do NBA nie awansował ze swoim zespołem do play-off. Będący w przebudowie zespół z Phoenix nie znalazł się w czołowej ósemce swojej konferencji, ale zostawił po sobie w miarę dobre wrażenie i dał kibicom nadzieje na lepszy wynik w przyszłym sezonie. Fani Suns nie ukrywali swoich oczekiwań wobec świetnie funkcjonującego duetu Nash&Gortat, który tak dobrze prezentował się w drugiej części sezonu.

Dosłownie kilka tygodni po zakończeniu sezonu dla Suns, pod koniec kwietnia ruszył projekt „Szkoła Mistrzostwa Sportowego Marcina Gortata”, która wraz z początkiem roku szkolnego 2011-12 rozpoczęła swoją działalność.

W wakacje Gortat wziął udział w dużym wydarzeniu w Nowym Jorku. Wystąpił bowiem w charytatywnym meczu piłkarskim, w którym zagrały oczywiście gwiazdy piłki nożnej, ale także koszykarze ligi NBA, wśród, których przede wszystkim odpowiedzialny za całą inicjatywę Steve Nash. Dla Polaka był to swego rodzaju powrót do korzeni, gdyż pełnił rolę bramkarza swojego zespołu. Zaraz po tym występie, zapakował się i od razu poleciał do Houston.

Tydzień z legendą

Pod koniec czerwca 2011 spędził tam sześć dni na treningach z jednym z najlepszych centrów w historii ligi, przez wielu uznawany nawet za najlepszego na świecie, Hakemem Olajuwonem. Wraz z Marcinem w zajęciach uczestniczył także Garett Siler, wówczas trzeci center Suns, poza parkietem dobry kolega Gortata.

„Treningi trwały po 3 godziny. Kładliśmy duży nacisk na grę tyłem do kosza. Każdego dnia pokazywał nam coś nowego. Zwracał uwagę na pracę nóg, ćwiczyliśmy dane ruchy podkoszowe i ich odpowiednie wykonanie. W dodatku powiedział mi mnóstwo rzeczy, z których na pewno skorzystam.”

Powrót do kraju, lockout i pożegnanie Pluty

Zaraz po pobycie w Houston, Gortat powrócił do kraju, gdzie mógł spotkać się z rodziną, spędzić trochę dni z przyjaciółmi. Jednak tego czasu, standardowo było bardzo niewiele, gdyż w lipcu odbyła się kolejna edycja „Marcin Gortat Camp”. Marcin wraz ze swoim projektem odwiedził osiem miast.

Wcześniej, jeszcze przed oficjalnym startem zajęć dla dzieciaków, odbył specjalny trening w jednostce wojskowej w Lublińcu z dziećmi żołnierzy Pierwszego Pułku Specjalnego Komandosów.

Tego lata w zajęciach z jedynym polskim koszykarzem ligi NBA brało udział ponad tysiąc dzieci.

W tym samym czasie w NBA ogłoszono lockout. Jasne stało się, że rozgrywki przyszłego sezonu zostały zawieszone do odwołania.

W sierpniu Gortat dołączył do zgrupowania reprezentacji Polski, która przygotowywała się do występu na Mistrzostwach Europy na Litwie. Jednak z przyczyn niezależnych od niego nie mógł uczestniczyć w samych mistrzostwach.

We wrześniu był gościem na meczu pożegnalnym Andrzeja Pluty. Legendarny reprezentant Polski po wielu latach na koszykarskich parkietach zakończył swoją karierę podczas specjalnego spotkania pomiędzy Anwilem a Asseco Prokomem we Włocławku. Również Marcin pojawił się na parkiecie Hali Mistrzów podczas tego pojedynku.

Zza oceanu napływały mało pozytywne informacje. Ciągle przekładano możliwy start następnego sezonu ligi. Jednak Gortat postanowił nie nadsłuchiwać wieści z Polski, tylko stawić się w Stanach i rozpocząć stałe przygotowania oraz treningi.

Czas na kolejne wyzwanie

„Cieszę się, że wróciłem już do Stanów i mogę w spokoju zacząć przygotowania i szlifowanie formy do nowego sezonu. Praca nad umiejętnościami, które chcę podnieść, jest bardzo mozolna i muszę to robić w odpowiednich do tego warunkach, jakimi dysponuje właśnie tu i teraz. Trenuję ok. 4 godzin dziennie.”

W końcu 25 grudnia oficjalnie wznowiono rozgrywki NBA.

Kilka dni wcześniej Gortat ruszył z kolejnym projektem pt. Klinika Trenerska.

„Przede wszystkim bardzo cieszę się, że możemy zrobić coś dla młodych trenerów z Polski, oferując im możliwość przyjazdu do Phoenix. Osoby, które wezmą w tym udział będą miały okazję uczestniczyć w treningach Suns. Prowadziłem na ten temat sporo rozmów z naszym sztabem szkoleniowym i z radością mogę oznajmić, że wielu z nich zapowiedziało swoją inicjatywę i chęć pomocy w tym projekcie. To wszystko sprawia, że pojawia się szansa dla Polskiej koszykówki i trenerów, którzy w Phoenix będą mogli rozszerzać swoją wiedzę i umiejętności. Wszyscy możemy na tym zyskać i to jest dla mnie bardzo ważne.”

Niestety Marcin podczas przedsezonowych sparingów doznał kontuzji kciuka i jego występ w pierwszych meczach sezonu 2011-12 stał pod dużym znakiem zapytania. Po drugiej wizycie u lekarza Gortat usłyszał, iż doszło do złamania palca z przemieszczeniem i musi odpocząć od gry przez 5 tygodni. On jednak nie mógł się z tym pogodzić i postawił wszystko na jedną kartę.

„Za długo czekałem na ten sezon, aby teraz siedzieć na ławce.”

Jak mówił, tak zrobił, zagrał już w inauguracyjnym meczu sezonu z usztywnionym kciukiem i specjalnym opatrunkiem na nim. Wyszedł w pierwszej piątce i już do końca sezonu ani razu nie rozpoczął żadnego spotkania jako rezerwowy. Do tego wystąpił we wszystkich 66 meczach skróconego z powodu lockoutu sezonu zasadniczego.

Po trudnym początku, gdzie Marcin nie prezentował jeszcze równej formy, musiało minąć trochę czasu zanim poczuł odpowiedni komfort i pewność zaraz po kontuzji odniesionej kilka tygodni mecz, już w dziewiątym meczu sezonu rozpoczął wyjątkową serię, którą śledzono na bieżąco tak samo w Polsce jak i w Stanach. Gortat zanotował 9. kolejnych double-double z rzędu. Później wielokrotnie udawało mu się zdobywać podwójne zdobycze w przynajmniej dwóch aspektach statystycznych.

7-ego marca 2012 roku poprawił swój rekord punktowy na parkietach NBA. Zdobył 28 punktów w meczu z jednym z faworytów do mistrzostwa, Oklahoma City Thunder. Dwa dni później w Phoenix podczas spotkania z Memphis Grizzlies odbyła się druga w historii „Polska Noc” w NBA. Polacy licznie wypełnili halę US Airways Center i mocnym dopingiem wzbudzili zainteresowanie wielu amerykańskich obserwatorów ligi.

Gortat ustabilizował swoją formę na wysokim poziomie, był najlepszym strzelcem, zbierającym i blokującym Suns. Do końca sezonu utrzymał średnie na poziomie double-double (15,4 pkt. i 10 zb. na mecz). Za swoją postawę został wyróżniony nominacją do Meczu Gwiazd. Znalazł się na oficjalnej liście kandydatów do NBA All Star Game 2012. Ostatecznie nie został wybrany do samego występu, ale liczba głosów, jakie zebrał od kibiców na całym świecie jednoznacznie potwierdziła, iż jest w ścisłym gronie najlepszych centrów w lidze. Marcin otrzymał 136 168 głosów i zajął piąte miejsce wśród środkowych konferencji Zachodniej.

Natomiast jego Suns po świetnej pogoni w drugiej części rozgrywek do końca walczyli o awans do play-off i byli tego naprawdę bliscy. Ostatecznie rywalizację o 8. miejsce na Zachodzie przegrali w ostatniej fazie sezonu.

Rosnąca pozycja Gortata w NBA miała swoje odzwierciedlenie w rankingach posezonowych. Był piąty w całej lidze pod względem skuteczności z gry (55,5%), siódmy wśród graczy z największą ilością double-double (31) i ósmy wśród najlepiej zbierających (10).

Otrzymał także głosy w oficjalnych, prestiżowych, plebiscytach organizowanych przez NBA. Zebrał przy swoim nazwisku 6 punktów w głosowaniu na koszykarza, który w minionym sezonie poczynił największy postęp. Dwóch dziennikarzy uznało go także za trzeciego najlepszego centra w NBA, umieszczając go w trzeciej piątce sezonu.

W lipcu odbyła się kolejna seria jego campów. W jedenaście dni odwiedziono sześć miast. Każdego dnia hale opuszczały setki uśmiechniętych dzieciaków. Sam Gortat zadowolony z dalszej realizacji swojej misji, a także trochę zmęczony natężeniem zajęć, dołączył do reprezentacji. Tym razem nic już nie stanęło na drodze, aby wzmocnił ją także w meczach o punkty.

W całe wakacje 2012 wystąpił w 20 meczach kadry Polski, był także jej filarem podczas eliminacji do Mistrzostw Europy. Rywalizacje w swojej grupie zakończyliśmy na pierwszym miejscu, a Marcin znalazł się wśród 5 najlepszych zawodników całych eliminacji w aż 8 kategoriach. Media w Europie uznały go, obok niesamowicie utalentowanego ofensywnie Mirzy Teletovica, najbardziej dominującym graczem całych rozgrywek.

Już kilka dni potem, ostatni mecz eliminacji w Lublinie odbył się 8 września, Marcin stawił się w Stanach, gdzie rozpoczął kolejne indywidualne przygotowania do szóstego już sezonu w NBA.

Można odnieść wrażenie, graniczące z pewnością, że Gortat nie po raz ostatni pokazał, iż ciągle ma w sobie duże pokłady do rozwoju i ogromne chęci do dalszej ciężkiej pracy i realizowania kolejnych celów, które regularnie przed sobą stawia. Jego rozwój najlepiej opisał nie kto inny jak brat, Filip.

„Marcin był na początku strasznie oporny do koszykówki, a jak już grał to i wzrost mu nie pomagał. Chłopak nie umiał nawet kozłować. No a teraz… wymiata jak trzeba!”

Kolejne miesiące przyniosą następne rozdziały historii…

Social poster

delicious digg reddit technorati facebook twitter google yahoo wikio blinklist simpy spurl